Kwaśny deszcz, słodka gleba

Tekst własny

miejsce Ekspozycji

Nature is My Homeland, katalogu podsumowującym projekt pod tym samym tytułem

red. A. Jankowska-Marzec

Wydawnictwo Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie, 2021

Agnieszka Jankowska-Marzec: Tytuł wystawy „Vistula is Burning” przygotowanej w ramach projektu „Nature is My Homeland” ma – chyba się ze mną zgodzicie – wydźwięk niemal apokaliptyczny. Co ma sugerować?

Magdalena Lazar: Tytuł miał mieć wymiar lokalny – ta piękna katastrofa nie jest gdzieś daleko, jest obok. Płonąca woda to zderzenie dwóch żywiołów, rodzaj nowych narodzin. Woda spala się dzięki nieustannie rosnącej temperaturze otaczającego ją środowiska. W języku naukowym spalanie to utlenianie, przy którym wydzielają się ciepło i światło. To światło możemy ponoć zauważyć dzięki bardzo czułym urządzeniom. Tlen aktywizuje się cały czas i systematycznie spalają się związki organiczne. Jest to powolny proces – gdyby taki nie był, spłonęłaby cała woda na Ziemi. Wiele prac, które można zobaczyć na tej wystawie, powstaje po takim uważnym przyglądaniu się zjawiskom atmosferycznym. „Wisła się pali” to też krzyk Kory Jackowskiej w utworze Narodziny Zbigniewa.

A.J.M.: Wydaje mi się, że o kwestiach ekologii dyskutuje się ostatnio w tak zwanym art worldzie bardzo dużo. Czy nie odnosicie wrażenia, że jest to temat nadmiernie eksploatowany przez artystów?

M.L.: Nas to cieszy, bo dzięki temu dochodzi do pewnego przewartościowania i zmiany języka – z wizji przytłaczających i apokaliptycznych przechodzimy do tego, co dalej, uratować nas mogą tylko mniej niszczące wyobrażenia. „Kryzys ekologiczny to przede wszystkim kryzys wyobraźni” – pisał Lawrence Buell. Szkodliwe poczynania ludzi wynikają między innymi z destruktywnych poglądów na temat środowiska naturalnego. Złagodzenie „porażenia przyszłością” wymaga zastanowienia się nad strategią przetrwania jednostki, mikrośrodowisk i całego społeczeństwa. Myśląc o tematach ekologicznych pojawiających się w mojej twórczości, zauważyłam pewną zmianę. W 2011 roku w animacji Atomy snułam wizje dystopijne – w obrazie symulującym miejski monitoring ukazywałam wysychającą Wisłę, ruchy górotwórcze wynoszące dawny hotel Forum ponad obecną wysokość terenu po skosie czy rozsypujący się kopiec Piłsudskiego. W Laboratory of living sentiments z roku 2019 zastanawiałam się, czy miłość może być przyczynkiem do wynalezienia chemicznej mikstury, która rykoszetem powstrzyma nadprodukcję. Ta wizualna ekopoetycka opowieść, mimo że brzmi absurdalnie, ma korzenie w prawdziwej historii miłosnej opowiedzianej mi przez znajomą neurobiolożkę. Chociaż katastrofa ekologiczna spędza sen z powiek, zaczynamy bardzo powoli widzieć jasne strony tego, co po chaosie. Kryzys ekologiczny jednocześnie na tyle zaistniał w naszej świadomości i stał się tak bardzo nieodłącznym doświadczeniem, że sprowokował niezwykłą reakcję wyobraźni. Pojawia się taki styl narracji, która intensywnie penetruje język w celu lokalizacji kulturowych wzorców i metafor dla tego, co niesamowite, niedyskursywne, a realne.

Katarzyna Skrobiszewska: Pierwszy zwrot ekologiczny w sztuce przyniosły lata siedemdziesiąte. Sytuacja tymczasem się nie poprawiła. Czy możemy uznać, że robienie wystaw to ekologia w działaniu? Mówi się, że nawet jeśli wiedza naukowa o zagrożeniach klimatu jest zgromadzona i rozpowszechniana szeroko, ludzie wydają się nieporuszeni ich z pozoru odległymi następstwami i nieskorzy do podjęcia działania. Przypuszczalnie artyści wciąż mają tutaj do odegrania jakąś rolę. Dzieło sztuki to szansa na doświadczenie emocjonalnego, mentalnego i fizycznego przeżycia, które może pomóc w zrozumieniu rozproszonych oraz z pewnością niewygodnych danych.

M.L.: Według T. Mortona żyjemy w czasie „po końcu świata”, w którym przyszłość za szybko nadeszła i stała się przeszłością. Nasza słabość i hipokryzja skutkują „estetycznym poczuciem asymetrii pomiędzy nieskończoną władzą poznania a nieograniczonym istnieniem bytów”. Ujawniają swoje wnętrza zjawiska trudne do pojęcia, lepkie i hiperobiektowe. Jednym z bardziej dojmujących aspektów staje się problem dostępu do wody. Tej słodkiej na błękitnej planecie jest coraz mniej, a do tego zarządzamy nią w osobliwysposób. Od niedawna docierają do nas informacje o tym, jak bardzo degradujące dla rzek jest wydobycie piasku koniecznego do produkcji betonu. Zmiany klimatyczne powodują niepokojące tendencje.

A.J.M.: Jakimi kryteriami kierowałyście się jako kuratorki, zapraszając artystów do swojego projektu?

K.S.: Kiedy zaprosiłam Magdę do współpracy jako kuratorkę i artystkę, właśnie wróciła z tygodniowej misji księżycowej w Analog Astronaut Training Center, wyposażona w garść księżycowego pyłu. Pomyślałam, że to dobra przeciwwaga dla projektu „Nature is My Homeland”. Nie przeniesiemy się na Księżyc ani na Marsa – to technofantazje. Najbliższe możliwe do zamieszkania planety oddalone są od nas o setki milionów dni lotu, a to zbyt dużo, żebyśmy kiedykolwiek mogli się tam dostać. Stwierdziłam, że z takiego punktu widzenia dobrze będzie popatrzeć na nasze ziemskie problemy. Kolejnymi artystami byli zaproponowani przez Magdę Johannes Vogl oraz Michalina Bigaj z pracą Horyzont – narysowaną czerwonym neonem symboliczną linią horyzontu. Michalina Bigaj w swojej twórczości bada wzajemne oddziaływanie kultury i natury, Johannes Vogl tworzy samowystarczalne konstrukcje na granicy funkcjonalności, które z dużą dozą ciepłego humoru komentują ułomność dzisiejszego świata. Perspektywa kosmiczna, płonący miejski horyzont i absurdalna poezja codzienności – te trzy wątki stały się początkiem naszej wystawy.

M.L.: Dziesięć lat temu stałam totalnie zahipnotyzowana w korytarzu uczelni UdK w Berlinie, gdzie studiowałam semestr w ramach wymiany. Zatrzymała mnie tam na dłużej praca Johannesa Vogla Swing. To bardzo mocne i proste wideo ukazujące płonącą oponę – huśtawkę. Wydawała mi się ona doskonałą metaforą najwyższego punktu bezczelności, do którego dotarliśmy w naszej relacji z naturą. Prace Johannesa wynikają ze świetnej obserwacji otaczającej nas rzeczywistości, ale mają też tricksterski sznyt. Jego instalacja deszczowa idealnie zgrywa się z naszymi rozmowami o starej i nowej pogodzie, ale również z przestrzenią, którą dysponujemy na czas wystawy. Z Michaliną Bigaj dzielę pracownię, znamy się kilka lat. Michalina w swojej praktyce często zadaje pytanie, jak sztuczna przestrzeń kontaktu z naturą podkreśla iluzję kontroli człowieka nad siłami natury. Jej praca Horyzont jest wyrazistym znakiem i ma wiele odniesień. Jeśli spojrzymy na nią z perspektywy człowieka, wygląda jak horyzont przy zachodzie słońca. Z lotu ptaka zaś mogłaby to być właśnie płonąca rzeka.

Serbska scena artystyczna nie była nam znana. Jesteśmy pozytywnie zaskoczone jej zróżnicowaniem i dynamiką. Idąc tropem zjawisk atmosferycznych i uważnej ich obserwacji, trafiłyśmy między innymi na poetycko-analityczną filmową instalację Tijany Petrović.

K.S.: Założeniem wystawy był udział artystów z trzech partnerskich krajów, jednak po mojej wizycie w Belgradzie postanowiłyśmy mocno poszerzyć serbską reprezentację, z trudem dokonując wyboru wśród wielu ciekawych artystów odkrytych dzięki własnym poszukiwaniom, tamtejszemu wydziałowi sztuki czy aktywnym niezależnym galeriom. Luka Cvetković to współtwórca artystyczno-kuratorskiego kolektywu Institut Za Aplauz badającego wzajemne relacje między (re)prezentacją a odbiorem sztuki w przestrzeni publicznej. W ironicznym performance Luki podczas otwarcia wystawy strażacy będą serwować wodę. Utwór poświęcony jest brakowi wypracowanych rozwiązań dla palących problemów ekologicznych, społecznych i politycznych. Davor Gromilović w swoich rysunkach kreuje zarówno niezwykle rozbudowane i gęsto zaludnione kompozycje przywołujące na myśl obrazy Pietera Bruegla, jak i intymne sceny będące bliższym przyjrzeniem się kreowanym stworom. W jednym z wywiadów wyznał: „Nie pamiętam, gdzie znalazłem pomysł na wszystkie części tego rysunku. Z pewnością wymieszałem wspomnienia z dzieciństwa, kiedy spędziłem trochę czasu na wsi. Z tego okresu jest praktycznie mnóstwo dobrych wspomnień, które mogę wykorzystać do tworzenia dzieł sztuki”.

A.J.M.: Czego oczekujecie od artystów biorących udział w kuratorowanej przez was wystawie? Jak zamierzacie rozwinąć narrację wystawy: zbudować ją na podstawie przeciwieństw, a może komplementarności zaprezentowanych prac?

M.L.: Wystawa powstawała bardzo organicznie. Miałyśmy na początku jakieś niejasne przeczucie, czym ona będzie, i artystów dobierałyśmy, kierując się przeważnie pracami już przez nich stworzonymi. Mam wrażenie, że samo miejsce, w którym to się wydarzy, jest jakimś widmem przeszłości z rozszczepionym słońcem – tą piękną złotą mozaiką Krystyny Strachockiej-Zgud, która tak świetnie dialoguje z pracą Tijany Petrović The Ssun is Llighter on the hHorizon. Kasię Skrobiszewską zainspirował z kolei sufit podwieszany, charakterystyczny element wyposażenia wnętrz użytkowych. Jej praca odnosi się do kultury fake newsów, dezinformacji i niewiary w zmiany klimatu. Czy obudzimy się dopiero, kiedy sufit zacznie spadać nam na głowę?

K.S.: Tak, przestrzeń hotelu Cracovia była inspirująca. Swego rodzaju instalacją site-specific będzie stworzona przez zaproszonych artystów tkanina, która zasłoni Miasta – mozaikę Husarskich w dawnym biurze Orbis przedstawiającą możliwe miejsca podróży w niegdysiejszym oknie na świat dla zamkniętych za żelazną kurtyną. Rozpadające się mapy serbskich artystów Emiliji Radojičić i Maria Kolaricia przywołują pytania o nasze dzisiejsze zagubienie i próby ulokowania się w dezorientującym świecie.

Narracja wystawy jest poprowadzona tak, że prace raczej się dopełniają. Zuzanna Banasińska, badając znaleziony na Białorusi album fotograficzny z czasów służby w radzieckim wojsku na Krymie, odkrywa historię pierwszych wiadomości wysłanych w kosmos. Z perspektywy zaburzonej skali czasowej i przestrzennej podejmuje refleksję dotyczącą kontroli człowieka nad naturą, mechanizmów zawłaszczania terytoriów i zanieczyszczania informacją. Magda Lazar mówi o domknięciu mapy – na błękitnym globie nie ma już terenów niczyich, więc następuje proces dzielenia obszarów srebrnego globu.

Jednak nie chcemy snuć jedynie katastroficznych wizji, szukamy współczesnej Arki (Gudrich) jako przestrzeni niematerialnej, duchowej, która jest w stanie uratować życie na Ziemi. Nadzieję na rozwiązanie naszych ziemskich problemów dzielimy z młodzieżą z przeszłości ślącą wiadomość do przyjaciół z przyszłości (Banasińska). Patrzymy uważnie i dzięki temu wiemy, że słońce jest jaśniejszelżejsze nad horyzontem (Petrović), a nasza percepcja jest plastyczna.

A.J.M.: Na zakończenie naszej rozmowy chciałabym zadać jeszcze jedno, może trochę naiwne, pytanie. Czy wierzycie, że takie właśnie wystawy mogą przyczynić się do wzrostu świadomości ekologicznej społeczeństwa? Może poprzez atrakcyjną wizualnie formę mają większą moc oddziaływania niż „poważne dysputy” czy fachowa literatura?

M.L.: Spostrzeżenia artystów często są nie tak bardzo odległe od refleksji naukowców – posługujemy się jednak odmiennym językiem komunikacji. Wizualność i tworzenie sytuacji, w które wchodzi odbiorca, pozwala na inny, empatyczny i zmysłowy odbiór tych samych spostrzeżeń, które dotarłyby do nas w postaci liczb. Mam jednak świadomość, że odbiorcy sztuki to ludzie w znakomitej większości już świadomi ogólnych zagrożeń i w ramach możliwości aktywni ekologicznie.

K.S.: Na naszej wystawie pokazujemy prace, które można potraktować również jako zaproszenie do kontemplacji: oglądania zachodzącego słońca i padających kropli deszczu, spoglądania na horyzont, obserwowania roślin czy ekspresji ruchu ciała. Niezapośredniczony kontakt z naturą – którego współczesnemu człowiekowi tak bardzo brakuje, jak alarmują specjaliści – pomaga budować z nią więź i rozwija wrażliwość ekologiczną. Proste działania zaś, jak wymienione wyżej, mogą być udziałem tych z nas, którzy z braku czasu i z innych powodów dostęp do przyrody mają utrudniony.

Ostatnio przeczytałam, że aby nastąpiła społeczna zmiana, nie potrzebujemy wbrew pozorom 100%, ale 3,5% przekonanych, i mówi się, że w kwestii zagrożeń klimatycznych jesteśmy blisko tej liczby. W tej sytuacji każdy „głos” się liczy. Jeśli nawet z naszą wystawą dotrzemy przede wszystkim do środowiska artystycznego, zmiana indywidualnych nawyków nie jest łatwa i natychmiastowa. Nie jest również proste wywieranie presji na decydentów – potrzeba do tego wiedzy, odwagi, umiejętności. Płonąca woda / ponowne narodziny, o których mówi tytuł wystawy, wymagać będą wysiłku, nowy świat z pewnością będzie się rodzić w bólach.

Ważna wydaje się tutaj metafora arki Noego przywołana przez Leę Gudrich. Lea, która spędziła dzieciństwo na wsi, bohaterami serii obrazów uczyniła patrzące z wyrzutem dzieci trzymające w ramionach zwierzęta. Właśnie dzieci, które mogą najbardziej ucierpieć od przyszłej katastrofy, zaprosiłaby jako pierwsze do potencjalnego statku-ocalenia wraz z żywymi skarbami świata przyrody. Na naszej wystawie pokazujemy portrety samych dzieci: na wpół zwierzęcych chłopca i dziewczynki. Ich obecność i spojrzenie konfrontują nas z pilną potrzebą zbudowania struktur, które będą przestrzenią zbiorowej świadomości, przestrzenią prawa i solidarności poszerzonej również o to, co pozaludzkie. Być może to od zwierząt będziemy się uczyć na nowo życzliwości – za Fransem de Waalem, który zwraca naszą uwagę na fakt, że zdolność do współczucia, umiejętność współpracy i poświęcenie to cechy właściwe nie jedynie nam, ludziom.

A.J.M.: Dziękuję za rozmowę.

Vistula is Burning, galeria Muzeum Narodowego w Krakowie w dawnym Hotelu Cracovia,
kuratorki:
Magdalena Lazar, Katarzyna Skrobiszewska, 2020

crossmenu