Tłumaczenie: Monika Myszkiewicz
Pierwsza publikacja: strona autorska Katarzyny Skrobiszewskiej, 2026
„Elementy” płyną przez czas. Przez doznania. Płyną przez zmysły, zatrzymują się, trwają. Wracają. Przypominają się. Odnajdują z refleksją, że nigdy nie znikły, tylko my zmieniliśmy tempo i częstotliwość działań, przez co w pewnym okresie nie mieliśmy dostępu do przekazu, jaki ze sobą niosą. Pisząc to, rozszerzam zakres, jaki obejmowała wystawa Katarzyny Skrobiszewskiej „Elementy”, o idącą za nią metaforę, sposób patrzenia oraz przyjmowania, a także przetwarzania rzeczywistości i syntezowania jej. Chociaż od wernisażu minęło sporo czasu, to specyficzny dla autorki sposób tkania faktury wizualnej opowieści pozwala na powroty, sięganie do wartych opisu doświadczeń płynących ze spotkań. Ze sobą, z innymi. Tego typu sztuka jest procesem. Zapada w serce odbiorcy, żeby kiełkować długo i spokojnie, czekając na odpowiednie warunki, które mogą – nie muszą – nastąpić. Może dlatego opisuję „Elementy” dopiero dwa lata po tym, kiedy prace były eksponowane w krakowskim Składzie Solnym w kwietniu 2023 roku. Jest to sztuka wymagająca percepcji danych w sposób z wyboru kontemplacyjny. Wolny. A przez to być może niedostępny dla rozpędzonego użytkownika zasobów kuli ziemskiej, w którego każdy z nas czasowo może się przepoczwarzyć. Żeby poczuć „Elementy”, trzeba się zatrzymać. Kontemplować. Wsłuchać się w siebie i w to, co odbija materia wystawy, do czego nawiązuje. W nas i naokoło nas, przez przepuszczalną granicę zmysłów. Subtelna instalacja składała się z czterech mniejszych przestrzeni umieszczonych w jednej sali wystawowej. Każda z nich miała swój podtytuł odnoszący się z jednej strony do doznania zmysłowego, z drugiej – do żywiołu, który autorka powiązała z danym zmysłem. Każda z tych warstw opatrzona została delikatną sugestią, złożoną z słów podpowiedzią, dokąd można iść w procesie interpretacji. Poszczególnym warstwom wystawy towarzyszył tekst inspirowany słowami ze starego elementarza. I tak trójwymiarowy obiekt, rulon z papieru w bladoróżowym kolorze to „Brzask”. Odnosi się do słońca i ciepła, łączy z dotykiem, zaróżowioną od słońca skórą. W komplecie dostajemy słowa:
Tarcza, barwa, ogień, plazma, promień, błysk, świeży, wrzask.
Kolejną serią jest ciąg dziewięciu akwarel utrzymanych w kolorystyce stonowanego błękitu, przez który przechodzą delikatne linie w kilku barwach. Ich liczba stopniowo narasta z każdą oglądaną pracą. Intensyfikują się. Towarzyszy im dwuwers:
Przestrzeń, westchnie, dech, powietrze, cząstki, fale, wiry, sfery.
Tytuł tej części instalacji to „Blask”. Idący przez powietrze, chwytany zmysłem wzroku. Dalej mamy „Zapach” zestawiony z doznaniem spaceru po lesie, tego, co czuć w powietrzu, kiedy pod stopami kruszą się liście. Słowa towarzyszące:
Kiedyś, gąszcz, chrust, krok, opar, humus, woń, ucho, nos, skroń.
Ostatni w tej serii jest „Szum”. Szum wody, dźwięk deszczu, zmysł słuchu. Delikatne falowanie i poruszanie się linii zarysowanych na trzech kartkach oprawionych w sosnowe ramki.
Plusk, plask, twarz, roń, Szelest, chlust, ciek, druga, struga, bród.
W tym subiektywnym wyborze dokonanym przez autorkę poszczególne części, tytułowe elementy, biegną na wskroś doświadczeń. Ta skośność widoczna jest w kilku warstwach. W próbie przedstawienia różnych jakości doznań zmysłowych za pomocą materiałów i obrazów, do których interpretowania służy nam przecież jeden tylko zmysł – wzrok. To świadomy zabieg. W procesie tworzenia artystce towarzyszyła intencja, żeby zaprosić widza do wędrówki przez pola zmysłowych doświadczeń.
Chciałam w tej pracy zasugerować coś, czego tam nie ma, ale można to sobie wyobrazić. Elementy miały przywoływać pewne doznania. Na przykład kiedy pokazuję ściółkę leśną, nazywam pracę „Zapach”. Tego zapachu tam de facto nie ma. Jest zachęta do wyobrażenia go sobie. Podobnie „Szum”. Rysunek ma zasugerować coś, czego nie widać wprost – tłumaczy autorka.
Poszczególne przestrzenie i towarzyszące im opisy tworzą rodzaj gry, tańca znaczeń czytanego w poprzek i na przekór pozornemu rozdzieleniu. Do słuchu przypisany jest szelest, ale też plask kojarzący się z dotykiem. Z kolei przy zmyśle dotyku mamy tytuł „Brzask”, a w opisie błysk, wrzask, promień przenoszące w kierunku wzroku i słuchu. Czy błysk „Brzasku” i Przestrzeń, westchnie, dech, powietrze z części instalacji zatytułowanej „Blask” mogą się ze sobą nie łączyć? Poszczególne panele tej wystawy scalone są delikatnymi, a zarazem mocnymi nitkami spoiw. To coś jakby pajęcza sieć utkana w poprzek sieci zmysłów. Synestezyjna. Sugerująca, mimo osobności ujęcia każdego z elementów, rodzaj niepomijalnego połączenia. Rozdzielenie ich na odrębne przestrzenie jest sztuczne i – choć fizycznie istnieje w przestrzeni wystawienniczej – niewykonalne w świecie rzeczywistym. Ten paradoks odnosi nas do innego, związanego z prywatną percepcją przestrzeni. Konieczność wybiórczości w doświadczaniu rzeczywistości stawia nas w niejednoznacznym położeniu. Z jednej strony, kierując wzrok, ruch, własne ciało w dane miejsce, jesteśmy wewnątrzsterowni, mamy wpływ na wyłapywane detale, z których tworzymy swoje obrazy otaczającego nas świata. Z drugiej strony części naszych doświadczeń zazębiają się, grając z tym, co już wcześniej widzieliśmy, czuliśmy, słyszeliśmy. Uruchamiają procesy wyobraźni, które syntezujemy w całość, nie do końca mając na nią wpływ. Ta całość okazuje się więc zawsze otwartym procesem. Możemy podejmować decyzje, w którą stronę skierujemy zmysły i ile czasu poświęcimy danemu zjawisku. Pewne rzeczy zdają się być w zasięgu naszej decyzyjności, ale wyłącznie do chwili, kiedy odkryjemy połączenia, portale i nagłe przeniesienia ujawniające się z czasem, niezależne od kontrolowanego biegu procesów myśli i postanowień rozumowych. Detal jest ważny, ale wpisuje się w swego rodzaju równanie – mówi artystka o swoim procesie twórczym. „Elementy” powstawały długo, z obserwacji, ze zbierania obrazów, zapachów, dźwięków. Wyrosły jako rozszerzenie, ale jednocześnie krytyczne odniesienie do wcześniejszej twórczości samej autorki. Tak opowiada o pracy nad wystawą:
Działo się tak, jakbym splatała ze sobą różne wątki, przypadkowe obserwacje poczynione na przestrzeni długiego czasu. One się zaczynały dopełniać. Na przykład część „Zapach” odnosi się do innej pracy: „Personal Dust Project” przedstawiającej wizualizację powiększonego obrazu kurzu. Tym, co nie do końca mi odpowiadało w tamtej pracy, było poczucie, że użyłam materiałów sztucznych, niedegradujących się, na przykład styropianu. Pewna osoba zwróciła mi uwagę, że w konsekwencji to też produkowanie śmieci. „Zapach” jest pogłębieniem wątku tamtego projektu, ale chciałam tym razem zrobić coś, co nie jest śmieciem. Może być chowane do małego pudełeczka, biodegradowalne.
I tak jest. Materiały użyte w procesie powstawania „Elementów” są naturalne. Jednocześnie w tym niewielkim objętościowo zbiorze, możliwym do umieszczenia w kartonowym pudełku, zawiera się głęboka warstwa znaczeń. Katarzyna Skrobiszewska nawiązuje w swojej twórczości do doświadczeń uniwersalnych. Nie tracą one swojego znaczenia z czasem. Wręcz nasycają się nim, nabierają go. Bo poznawanie nigdy się nie kończy. Zmysły nie wyłączają się ani na chwilę. Nawet jeśli jeden z nich ulegnie wypadkowi, straci funkcjonalność, pozostałe nabierają intensywności, zajmują miejsce tego uszkodzonego. Przekaz prac artystki wydaje się stonowany i łagodny, jednak jest w nim – jak w rosnącej liczbie linii na kolejnych z serii akwarel składających się na kompozycję „Blask” – narastająca intensywność. To zestawienie tworzy napięcie, nie do końca uchwytne za pomocą słów. Zdaje się mówić: „Czuj”. Zachęcać do eksplorowania własnego doświadczenia. Szukania synestezyjnych połączeń i wędrowania w ich głębię. Świat, który odkrywamy, odczytując warstwy wystawy „Elementy”, jest jednocześnie cichy, delikatny, intymny, ale i silny. Jego siła wynika z delikatności. Być może w nazwanej lub nienazwanej intencji artystka prowadzi widzów ścieżką do uznania delikatności jako siły, żywiołu, następnego elementu. Klucza interpretacji przenoszącego poznanie na nowe tory, odsłaniającego kolejne i kolejne warstwy istnienia. Jak w filozofii dżinijskiej, na którą w ostatnim czasie trafiła:
W tej pracy połączyłam temat żywiołów, w których przecież z definicji drzemie siła, z wyciszoną, delikatną formą. Niedawno przeczytałam w pracy „Myślenie roślin. Filozofia wegetacji” Michaela Mardera taką ładną rzecz. W filozofii dżinijskiej roślinność figuruje jako piąty żywioł. U nas tego nie ma, nasza filozofia jakby nie zauważa istnienia roślin. Gdybym teraz robiła tę wystawę, rozszerzyłabym ją o piąty zmysł i piąty żywioł. Ujęłabym też ziemię, glebę i roślinność na niej. Ona jest przecież tak ważną warstwą na skorupie ziemskiej. Jest bardzo cienka, biorąc pod uwagę cały glob, ale od niej zależymy.
Piszę ten artykuł w kwietniu 2025 roku, widząc za oknem świeże, delikatne wiosenne liście – jasnozielone, miękkie w dotyku, niezmiennie odradzające się w cyklu przemian przyrody. Gdy na nie patrzę, przypominam sobie prace na wystawie „Elementy” Katarzyny Skrobiszewskiej z 2023 roku i mam żywą nadzieję na kontynuację tematu tej drzemiącej naokoło nas oraz w nas siły żywiołów. Te żywioły to nie tylko ziemia, woda, powietrze, ogień czy nieujęta, a sugerowana roślinność. To też emocje. Radość, gniew, smutek, czułość, pożądanie, spokój, poczucie harmonii. Elementy świata przyrody tworzące powiązania. Nici spinające zdarzenia i lekkie napięcie między nimi wyczuwalne w wystawie Skrobiszewskiej zostawiają po sobie wrażenie ślizgające się między harmonią a niepokojem. Zostańmy tam na chwilę.
Pierwsza publikacja: strona autorska Katarzyny Skrobiszewskiej, 2026